Trafiłam w dziwaczne miejsce, gdzie od podłogi aż po sufitu ułożone były przeróżne sprzęty. Pierwsze to były maszyny do szycia naprawdę piękne i dostojne, wszystkie lśniące i nowoczesne. O takiej maszynie marzyłabym, gdybym już wiedziała, że potrafię i rzeczywiście chcę szyć, i takie, których nie tknęłaby nigdy moja mama, z obawy, że coś zepsuje i nie będzie się tego dało odkręcić. Taka była mentalność ludzi z tamtych czasów, my byliśmy już zupełnie inni. Ani maszyny szwalnicze ani maszyny szyjące nas nie przerażały do tego stopnia by bać się na nie spojrzeć. Dlatego patrzyłam ile mogłam i napatrzeć się nie mogłam, aż mnie oczy bolały, wiedziałam, że nieprędko znowu trafi mi się taka gratka. Maszyny do szycia stały dumnie ustawione rzędami i modelami, od najmniejszych do największych, potem od najtańszych do najdroższych, aż dziw że nie miały jakiś specjalnych zabezpieczeń i nikt ich nie wynosił stąd po cichu, bo, daję słowo, budziły we mnie jakieś niesamowite uczucia żądzy i pragnienia.
